|



|
REJS, nr 5 (63) maj 2004, Nasz rejs: "Ahoj, tam na tratwie!
No i co z tego, że na tratwie?!", autor: Paweł Koprowski
(fragmenty artykułu)
"(...) Chyba zimą obejrzałem w telewizji program kulinarny Roberta
Makłowicza w całości zrealizowany na tratwie spływającej Biebrzą. Pomyślałem:
to jest to! Wkrótce moje dawne marzenie miało się ziścić (...)
Nie trzeba szukać daleko, również w naszym kraju można poznać smak prawdziwej
męskiej przygody i poczuć się niemal Robinsonem, a jeśli na dodatek lubi
się ciszę, odludzie i obcowanie z dziką przyrodą, to spływ tratwą po Biebrzy
wszystko to zapewnia. (...)"
Jan Kułak (...), to polski odpowiednik Onasisa w żegludze tratwowej.
Jest armatorem dużych, o powierzchni 20 m2 tratew, długich na prawie 7
metrów i szerokich niemal na trzy. Na każdej z nich znajduje się domek
przeznaczony do spania dla trzech osób oraz do składowania rzeczy osobistych.
Ale centrum życia towarzyskiego to odpowiednik mesy, czyli zadaszona jak
gdyby altana ogrodowa. Na jej dachu można rozstawić - są do tego specjalne
okucia - trzyosobowy namiot. Za dnia dach ten to rodzaj spardeku, wspaniały
taras widokowy, przez panie chętnie wykorzystywany do opalania, wyposażony
w bezpieczny trap. (...)
(...) W przypadku nadmiaru słońca lub deszczu można się schronić w altanie
- mesie, specjalnie do tego celu wyposażonej na upał w przyciemnione firany,
na deszcz zaś w zwykłą przezroczystą folię. (...)
(...) Pamiętam jak drżąc z emocji, stanąłem na jej pokładzie. To była
ona, moja wymarzona w dzieciństwie tratwa! (...)
Szybko nie czekając na sklarowanie betów, wydałem komendę: odbijamy!
Chciałem nareszcie poczuć się prawdziwym retmanem. Już po kilku chwilach
okazało się, że tratwa jest nam nadzwyczaj posłuszna. Manewrowało się
nią bez żadnych
problemów. (...)
(...) Załogę stanowiły cztery osoby - dwa małżeństwa. Czarek ze swoją
żoną Karsiem (od lat wszyscy zastanawiają się nad pochodzeniem tego jakże
uroczego imienia) i ja ze swoją Beatą. Z Czarkiem przeżeglowaliśmy wspólnie
tysiące mil po morzu i o wiele więcej tysięcy mil(i)litrów na lądzie,
wspominając te morskie. Znaliśmy się więc jak łyse konie, każdy wiedział
co ma robić, rozumieliśmy się bez słów. Bez słów też porozumieliśmy się
co do roli kobiet na pokładzie. Nie było zresztą potrzeby ich o tym informować,
jako że obie są dobrze żeglarsko ułożone. (...)
(...) Ktoś rzucił hasło, by doczekać świtu, bo wtedy często można oglądać
masowo występujące tu ponoć łosie. Jednak przed samym wschodem słońca
strudzeni, zasnęliśmy snem sprawiedliwego pracownika zakładu szewsko -
cholewkarskiego. A łosie jakby rzeczywiście były, bo zbudził nas potworny
tupot kopyt tratujących naszą trawę. Wyskoczyłem na zewnątrz i spojrzałem
na dach. No tak ... tego można było się spodziewać. To był... tupot białych
mew. Nie łosi, a białych mew, których kilka spacerowało sobie po dachu.
(...) Armator tratew ułatwił załogom życie, ustawiając co kilka kilometrów
wysokie, widoczne z daleka drągi, zakończone kolorową flagą." (...)
Paweł Koprowski
Powrót
do listy artykułów
|