|



|
Polityka nr 10 (2391), 8 marzec 2003, Turystyka: "Saniami
po bagnach", autor: Zbigniew Jaworowski
Jedni na biegun, drudzy na Biebrzę
Zdecydowaliśmy się na włóczęgę z ciągnionymi za sobą saniami. Ten rodzaj
kontaktu z naturą jest raczej elitarnym marginesem sportów zimowych przyciągającym
mniejszość, która nie boi się zimna, długich marszów, a gdy śnieg wpada
za kołnierz, a stopy przymarzają do butów, woła za Mickiewiczem: "To
lubię!".
Ponad pół wieku temu na wąskiej półce w zachodniej ścianie Niżnich Rysów
po raz pierwszy spałem zimą w namiocie, a parę lat wcześniej maleńkie
igloo ratowało mi życie, gdy zimowy huragan zaskoczył mnie w zerwach Wysokiej.
W ciągu następnych dziesiątków lat miesiącami biwakowałem na śniegu w
Tatrach, Arktyce i górach kilku kontynentów. Ostatni raz w marcu 1991
r. na lodowcu Storbreen w Norwegii, gdzie przy huraganowej pogodzie odkopywałem
jednocentymetrową warstewkę lodu z radioaktywnym pyłem z Czarnobyla, schowaną
pod dziesięcioma metrami firnu.
Biebrzański Park Narodowy
utworzony 9 września 1993 r., to największy park narodowy w Polsce o powierzchni
ponad 59 tys. ha (w tym 1 tys. ha wód, 15 tys. ha lasów oraz nieużytki,
czyli słynne Bagna Biebrzańskie, najcenniejsze przyrodniczo ekosystemy
- ponad 25 tys. ha). Położony na terenie województwa podlaskiego obejmuje
rozległy obszar torfowiskowo-bagienny, chroni prawie niezmienione dolinowe
torfowiska z unikatową florą i fauną - jest główną ostoją łosi i bobrów
w Polsce; żyje tu ponad 260 gatunków ptaków (w tym 178 lęgowych, m.in.
orzeł przedni, bielik i derkacz). Biebrzański Park Narodowy w 1995 r.
wpisany został na listę Konwencji Ramsar, tj. obszarów mokradłowych o
światowym znaczeniu, zwłaszcza jako środowiska życia ptactwa wodno-błotnego.
Widocznie zimowe wędrowanie weszło mi w krew, bo teraz, gdy mam lat 75,
nagle poczułem, że koniecznie muszę zbudować w piwnicy tobogan. Gdy był
gotowy, trójka taternickich przyjaciół: Bogna Skoczylasowa, jej mąż Zbigniew
i Stefan Kozłowski - wszyscy w moim wieku, z łatwością dała się namówić
na 45-kilometrową wędrówkę po zamarzniętych bagnach biebrzańskich. Chcieliśmy
przejść na nartach i rakietach śnieżnych zamknięty trójkąt rzek Jegrzni,
Ełku i Kanału Woźnawiejskiego, ciągnąc sanie z siedemdziesięcioma kilogramami
bagażu.
W Biebrzańskim Parku Narodowym początkowo nie bardzo wiedziano, co mają
z nami zrobić, jednak dyrektor Adam Sieńko dał błogosławieństwo, a IMGW
dostarczył długoterminową prognozę pogody. Miał być mróz i wspaniałe słońce.
Prognoza nie wyszła, ale i tak było wspaniale.
Jegrznią
Przenocowaliśmy w schronisku państwa Barszczewskich w Kuligach, gdzie
Jegrznia łączy się z Kanałem Woźnawiejskim. Śniegu było mało, więc zrezygnowaliśmy
z nart i rakiet. Gdy wczesnym rankiem ładowaliśmy sanie, było -5 st. C,
a przez chmury blado przeświecało słońce. Sanie szły lekko po zmrożonym
śniegu. Po dwóch kilometrach dotarliśmy do mostu na Jegrzni. Przed nami
ku południowi ciągnęła się biała pustynia, z rzadka przetykana oszadziałymi
kępami cienkich brzózek, otwierająca się na ginące we mgle bagno Kłycek
i Piekielne Wrota. Od północnego zachodu majaczyła na horyzoncie ciemna
linia Ciszewskiego Lasu. Tuż przed nami wysokie trzciny kryły niezliczone
meandry Jegrzni. Przeszliśmy most i wprowadziliśmy sanie na zamarzniętą
rzekę.
Lód był prawie dwudziestocentymetrowy. Przeszliśmy szybko i pewnie kilka
kilometrów, mijając od czasu do czasu oka wolnej wody. - Odparzeliny -
rzekł autorytatywnie Skoczylas. Jako pułkownik i w swoim czasie dowódca
szturmowego batalionu powietrzno-desantowego winien znać się na przeszkodach
terenowych. Na rzece pełno było śladów jeleni, łosi, saren, dzików, wilków
i drobnego zwierza, jednak nikt z nas, nawet Stefan, niegdyś minister
ochrony środowiska, nie wiedział, jak wygląda ślad bobra. Staraliśmy się
zachować ciszę, w korytarzu trzcin nie było wiatru, ale i tak zwierzęta
musiały wyczuwać nas z daleka, nie ujrzeliśmy bowiem niczego żywego, niczego
przez trzy dni. Nie było tak jak w parkach afrykańskich, gdzie słonie,
zebry, żyrafy, antylopy pozwalają dochodzić do siebie na bliską odległość.
Minęliśmy drugi niski most na Jegrzni, przepychając sanie spodem. Zaraz
potem lód załamał się pod Stefanem. Ja jako najlżejszy chłop szedłem pierwszy,
za mną wysoki, ciężkawy Stefan, potem powietrzno-desantowe 120 kg Skoczylasa
(nie wiem, jak on w swej karierze mógł wykonać ponad 1000 skoków z samolotu
na standardowym spadochronie, musieli chyba zakładać mu po dwa) ciągnącego
sanie i wreszcie z tyłu filigranowa Bogna. Idąc stale uderzałem kijami
narciarskimi w pokryty śniegiem lód. Omijałem dziury, a Stefan szedł kilka
metrów za mną. Tam gdzie ja przeszedłem swobodnie, on wpadł prawą nogą
w wodę po biodro. Przebił cienki lód zarastający dziurę. Idąc na nartach
lub rakietach pewnie byśmy jej nawet nie zauważyli. Stefan wylał wodę
z buta, włożył suchą skarpetkę i poszliśmy dalej. Ale przedtem ugotowaliśmy
sobie herbatę i podjedliśmy trochę słodyczy.
Po tym doświadczeniu wciągnęliśmy sanie na lewy brzeg Jegrzni. Trzciny
nie chroniły już nas od silnego wiatru, pędzącego ciemne chmury z południa.
Znaleźliśmy nikły ślad jakiegoś traktu, którym łatwo posuwaliśmy się ku
zachodowi. Wiosną są tu podmokłe łąki, pełne ziół i kwiatów, na których
koczują miliony ptaków lecących na północ. Park zezwala na koszenie traw
i zwożenie siana traktorami. Posuwaliśmy się ich zasypanym przez śnieg
śladem, ciągnącą się bez końca białą równiną. Śniegu było z piętnaście
centymetrów, mróz trzymał ciągle, lecz w powietrzu czuło się nadchodzącą
zmianę.
Ełkiem
Wreszcie trakt się skończył i pod wieczór weszliśmy w pola pokryte wysokimi
kępami wystającej spod śniegu turzycy. Tu zaczął się koszmar. Ostre liście
działały jak tarka na płozy skaczących po kępkach sań. Ciągnęliśmy je
całą czwórką, ledwie posuwając się do przodu. Minęliśmy ujście Jegrzni
do Ełku i po dwóch kilometrach zdecydowaliśmy się znowu wejść na zamarzniętą
rzekę, szeroką tu na kilkadziesiąt metrów.
Zapadł mrok, gdy znaleźliśmy okrągłe zakole Ełku całkowicie osłonięte
od wiatru. Udeptaliśmy śnieg i rozbiliśmy na lodzie dwa namioty, połączone
ze sobą dodatkową płachtą. Cienkie karimaty rozłożone na podłodze namiotu
chronią przed zimnem, ale nie przed nierównościami terenu. Za to na śniegu
śpi się równo i wygodnie. Zaczął padać deszcz. Pod płachtą Skoczylas rozłożył
się z gotowaniem kolacji, a reszta powchodziła do śpiworów. Mieliśmy za
sobą ledwie 15 km drogi, jednak ostatni odcinek nieźle nas wykończył.
Leżąc jedliśmy zupę grochową ugotowaną na gęsto z makaronem i popijaliśmy
herbatę. Stefan obłożył sobie brzuch mokrymi skarpetkami - twierdził,
że to najlepszy sposób na suszenie.
Wiatr huczał gdzieś w górze ponad nami. Koło godziny czwartej wyszedłem
na zewnątrz. Lał ulewny deszcz, na którym zaczęła mi przemakać kurtka
puchowa. Nagle, poprzez szum wichru, usłyszałem daleki huk strzału, gdzieś
z kierunku Piekielnych Wrót, ze środka trójkąta rzek, po którym szliśmy.
Rano zwinęliśmy obóz i poszliśmy w dół Ełku. Zacinał deszcz pędzony wiatrem,
a po nocnej ulewie na lodzie zdążyła się już zebrać warstwa wody. Chlupała
pod butami, a pod koniec dnia i w moich butach, które rzekomo miały być
nieprzemakalne. Natomiast goreteksowe spodnie i skafandry nie przemakały
naprawdę, więc nie przejmowaliśmy się deszczem, wiatrem i zimnem. Ale
po wczorajszej przygodzie Stefana postanowiliśmy wynieść się na prawy
brzeg Ełku. Na lądzie śnieg szybko znikał w strugach deszczu, ale dla
sań starczyło go do wieczora. Po godzinie marszu zobaczyliśmy ludzkie
ślady. Ktoś dotarł do naszej trasy od południa, szedł w tę samą co my
stronę, a potem wracał. Po kilku kilometrach ślady skręciły na północ
w stronę Piekielnych Wrót i znikły w trzcinach.
Koło południa zatrzymaliśmy się pod samotną brzozą. Orientacja w Bagnach
Biebrzańskich nie jest łatwa. Wszystko jest płaskie, nie ma punktów odniesienia,
wszystkie meandry są niemal identyczne. Kompas i mapa oczywiście ułatwiają
życie, ale w końcu już nie wiedzieliśmy, przy którym to dokładnie zakolu
rzeki się znajdujemy. Zaczęliśmy bać się, że nie trafimy na Kanał Woźnawiejski,
tam gdzie wpada do Ełku. Najpewniej więc byłoby iść Ełkiem, lecz w Ełku
dziury. Wysłaliśmy na zwiad Stefana z Bogną, a ja ze Skoczylasem gotowaliśmy
herbatę i kroiliśmy chleb na kanapki. Wtedy, cicho jak duch, podjechała
do nas Niwa z herbem parku. To auto ma wysokie osie i napęd na cztery
koła. Podobno w terenie sprawdza się jak Landrover.
- A panowie to mają zezwolenie? Czy mógłbym je zobaczyć? - spytał strażnik
parku. Mamy, ale siedzi na dnie plecaka, w stercie bagażu przywiązanej
do toboganu. Czy mamy to rozładować?
- Nie, nie trzeba - strażnik nie był natrętny. Może napije się herbaty?
A w nocy - ten strzał. Czy to nie kłusownik?
- Eh, ktoś pewnie szukał postrzałka. A te dziury w lodzie, to nie woda
robi, to bobry.
I odjechał. Wrócił Stefan z Bogną, wypiliśmy herbatę i w strugach deszczu
poszliśmy dalej. Po kilku kilometrach porzuciliśmy zanikający trakt i
ponownie weszliśmy na Ełk. Dziur w lodzie pokazało się więcej niż kiedykolwiek,
ale rzeka była szeroka i łatwo je omijaliśmy. Sanie szły lekko, czasem
przeciskaliśmy je przez wystające z lodu przybrzeżne trzciny.
Lewy brzeg Ełku otwiera się tu na uroczyska Kutalino i Osowe Grzędy, na
mszary i turzycowiska trudne do przebycia. To tutaj dopiero, wzdłuż pasa
trzcinowisk, gęstwa śladów zwierzyny przekraczała wszystko, co kiedykolwiek
widziałem. Były ich całe sieci, ścieżki, niemal drogi wydeptane małymi
i wielkimi kopytkami, skokami zajęcy i łapami wilków.
Tam właśnie Stefan wpadł w wodę ponownie. Tym razem obiema nogami i do
pasa. Już nie zatrzymywaliśmy się na wylewanie wody z butów, lecz spieszyliśmy
dalej, bo zmrok się zbliżał, a na horyzoncie pokazała się linia drzew
wyznaczająca Kanał. Ale meander za meandrem ciągnęły się w nieskończoność,
mijały godziny, a my szliśmy i szliśmy, goniąc już resztką sił, dźwigając
nasze lata na karku.
Kanałem
Już o zmroku trafiliśmy na ujście Kanału i poszliśmy nim na północ. Wlekliśmy
się w strugach deszczu po lodzie chyba z godzinę, nim znaleźliśmy mizerny
lasek olchowy nadający się na biwak. Wpakowaliśmy najpierw Stefana do
śpiwora, a Skoczylas zabrał się do robienia wytwornej kolacji: płatki
z mlekiem, owsiane i jęczmienne, do wyboru. Serwował również z chlebem
jakieś tłuste świństwo podobno własnego wynalazku, które nazywał pemnikanem
(przepis chyba ściągnął z Jacka Londona). Ja topiłem śnieg na herbatę
i wyciskałem wodę z butów i ubrań Stefana.
Obudziłem się przed siódmą. Obok namiotów nie było już wcale śniegu,
a po lodzie Kanału płynął rwący potok, woda sięgała powyżej kostek. Wprowadziliśmy
sanie na Kanał. Lód pod wodą był tak śliski, że nawet podpierając się
kijkami narciarskimi nie mogliśmy na nim ustać. Ale mieliśmy dwie pary
raków. Skoczylas założył jedną pod swe, jak twierdził, nieprzemakalne
buty. Kilometrami ciągnął sam sanie po tej wodnej autostradzie twierdząc,
że idą jak piórko, a my na brzegu ledwie nadążaliśmy za nim skacząc po
wertepach zamarzniętego bagna. Tak było pięknie aż do miejsca, gdzie lód
się skończył. Wyciągnęliśmy sanie na lewy brzeg i wtedy okazało się, że
mamy szczęście: w odległości kilkuset metrów na stoku piaszczystej wydmy
widać było koleiny traktu wypełnione śniegiem. Wkoło bezśnieżne wykroty,
turzyca i torf, a tu idąca prosto na północ wymarzona droga. Na tej resztce
śniegu ujrzeliśmy świeże ślady: koń ciągnął chłopskie sanie. Czyżby wiózł
owego postrzałka? Cóż mógłby tu robić innego? Szliśmy za tymi śladami
kilka godzin, aż śnieg zupełnie się skończył i dalej wlekliśmy sanie po
mokrym torfie. Nie było tak źle: okazał się śliski, ale musieliśmy ciągnąć
we trójkę.
Do Kuligów, gdzie wszystko się zaczęło, doszliśmy po ciemku. Ciepła kąpiel
i rozpalony kominek u Barszczewskich ukazały nam jasne strony cywilizacji.
Ale dopiero za dwa dni wyszły na jaw dobroczynne skutki wysiłku i spokoju
zimowej przyrody: poczuliśmy się młodsi o dwadzieścia lat.
Prof. Zbigniew Jaworowski jest przewodniczącym Rady Naukowej Centralnego
Laboratorium Ochrony Radiologicznej, przedstawicielem Polski w Komitecie
Naukowym ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego.
Zbigniew Jaworowski
Powrót
do listy artykułów
|