|



|
"National Geographic" nr 4 (31) kwiecień 2002, Między
nami: Biebrznięci i miejscowi, autor: Adam Bogoryja-Zakrzewski
Twarze Państwa Marii i Jerzego Keretulów są spokojne, uśmiechnięte i rozmarzone.
Powoli sączą piwo na ganku swojego nowego domu. Przed nimi kilkadziesiąt
kilometrów bezkresnej przestrzeni. Tu zainwestowali w ziemię, wybudowali
dom i czekają.
Wieś Brzostowo w południowym basenie Biebrzy. Na jej skraju dom jak z
bajki o Baba Jadze. Mały, drewniany, ukryty w zaroślach. Pokój też mały,
ale za to z dużym łóżkiem przykrytym pierzyną, starym telewizorem i piecem
kuchennym na węgiel. 83-letnia znachorka o siwych włosach, ostro zarysowanym
nosie i niespotykanie długich palcach. Po wielu prośbach, zgadza się pokazać
to, do czego nikt nad Biebrzą nie chce się przyznać.
- Znachor tutaj, czary i odczynianie uroków?! Niemożliwe, u nas czegoś
takiego nie ma - mówili wszyscy, śmiejąc się z moich pytań. A jednak!
- Na węglu wianuski suszone zioła wraz z płatkami świecy gromnicznej,
poświęcone w kościele i to na ostatni nieszpór! - objaśnia Pani Hieroma.
Trzy razy obchodzi z tą dymiącą miksturą sąsiadkę - Panią Józefę, na którą
- jak twierdzi, ktoś rzucił urok, bo ma silne bóle brzucha.
- Uroku, uroku, gdzie idziesz? Do Józefy. Nie idź tam. Ja tam już była,
urok odmówiła. Jeden urzekł, trzech odrzeka: Bóg Ojciec, Bóg Syn i Duch
Święty - mówi z powagą Pani Hieroma, okadzając głowę sąsiadki.
Pani Jadwiga wierzy w odczynianie uroków, mimo że jest z tej niby "bardziej
światłej", szlacheckiej części Biebrzy - mazowieckiej, nie podlaskiej.
Jej mąż - Franciszek Trzasko pokazuje swój herb na pogniecionej kopii
z herbarza polskiego. Nie przywiązuje do niego zbyt wielkiej wagi, ale
zraża się gdy nazywa się go chłopem, a nie rolnikiem.
- Nie dlatego, że szlachcic jestem - mówi z powagą, ale chłop, to tak
jakby ktoś mówił: cham i nie pozwolę, by tak nas nazywano. Ja nie czuję
się chamem, tylko szlachcicem - i śmieje się z antagonizmów między - jak
tu się mawia: Mazurami a Podlachami.
- Po rozmowie Pan pozna Podlacha. Oni "śledzikują", my po mazursku
Rozmawiamy oczywiście w kuchni. Taki zwyczaj. Telewizor też w kuchni.
Gra przez cały czas. W Brzostowie było 42 gospodarzy, teraz 19-u - mówi
zdenerwowany.
- Gdybym został na gospodarce, to byłbym dziadem. Tu czuje się przestrzeń.
Za rzeką - kilometry płaskich pastwisk i bagien. Gdy po śnieżnej zimie
rzeka wyleje szeroko, krowy same na pastwiska przepływają ją, a nad wodą
widać tylko ich łby. Wieczorem - poganiane jedynie przez psy, same wracają
do swoich obór. To typowa wieś mazowiecka, w której przed wiekami osiedlała
się szlachta zagrodowa. To właśnie na Biebrzy przebiegała granica między
Litwą a Koroną. Wypatruję róż w przydomowych ogródkach, o których pisał
etnograf Zygmunt Gloger - w monografii "Dolinami rzek" - "Pod
koniec XVIII wieku każdy ogród szlachecki miał pod dostatkiem róż, z których
przyrządzano perfumy do skrapiania podłóg". Dziś róż brak, a na podłogach
w wielu domach - linoleum, na ich dachach - płyty z azbestu.
Do kłusowania na Biebrzy nikt się nie przyznaje, choć niemal w każdej
stodole, na wierzchu leżą sieci. -Z dziada pradziada ludzie żyli z Biebrzy
i tak żyć chcą nadal - mówi emerytowany leśnik - Czesław Cieśliński.
- To plaga - ocenia kłusownictwo Jan Kowalski - ornitolog z parku. Miejscowi
zakładają na starorzeczach siatki nylonowe na zamówienie przyjezdnych.
Niektórzy łowią prądem. Dobry kłusownik zna rozkład jazdy strażników Biebrzańskiego
Parku Narodowego.
- Jedni dorabiają na rybach, ja próbuję utrzymać się tu dzięki turystom
- mówi Krzysztof Kawenczyński, zwany przez wielu Królem Biebrzy. - Nie
przychodzi mi to łatwo, bo z jednej strony mam duszę samotnika, z drugiej
- trzeba z czegoś żyć - opowiada przy kominku. Czasami korzystam z pomocy
rodziców, zwłaszcza zimą, gdy jest tu szczególnie ciężko i nie wystarcza
na rachunki za prąd.
Po plajcie antykwariatu rzucił Warszawę i za część starodruków kupił dom
w Budach, by jako jedyny zamieszkać tam na stałe.
- To prawdziwy "egzot", trochę naiwny, ale sympatyczny - mówią
tutejsi o Królu Biebrzy - Tu mnie bardzo dobrze przyjęli, choć jak dziwaka
traktowali - uśmiecha się, próbując poprawić bujną czuprynę roztarganą
przez wiatr.
- Mam tu dużo spokoju, przestrzeni, ucieczki przed agresywnym światem
- uśmiecha się ze smutkiem. - Łosie i dziki zaglądają często na łąkę przed
domem. Tu tokują też dubelty. Cała łąka grająca - mówi z uniesieniem.
- Zimą wilki wyją.
Nad ranem budzi nas Katarzyna Rygasiewicz-Ramotowska z grupą zagranicznych
turystów. Już 9 rok utrzymuje się wyłącznie z oprowadzania "po ptakach",
łosiach, włóczęgi po bagnach i spływach rzeką. W jej ślady poszło kilkudziesięciu
nowych przewodników, min. Ewa Szczesiul. Chwali nieodległy Lipsk i okoliczne
wioski. - To nieliczne miejsca, gdzie komuś jeszcze się chce wyplatać koszyki,
malować pisanki. Tu nadal chleb piecze się w domu, jeśli rodzina wielodzietna.
Tu wciąż torf kopią, bo tańszy niż węgiel i układają ręcznie kilkumetrowe
stogi siana, bo też taniej, niż zbiórka mechaniczna. Tu gospodarz "bije"
nieutuczonego jeszcze prosiaka, by mieć mięso choć na kilka miesięcy.
Wszyscy w Sztabinie znają postać hrabiego Brzostowskiego, który zaskoczył
Europę. To właśnie tu, w XIX w. stworzył "Republikę Sztabińską"
z hutami, własnymi szkołami, systemem kar za pijaństwo i kradzież. Zostawił
"Republikę" bogatą i światłą. Co z tego zostało?
- Z hut i nowoczesnych urządzeń - nic, nie ma też chęci do pracy - mówi
pełen oburzenia Jerzy Skażyński - biznesmen ze Szczecina, nowy właściciel
szlacheckiego pałacyku po hr. Brzostowskim. Zainwestował nad Biebrzą,
bo rodzice tu mieszkali. -Tu ludzie nie są nauczeni pracy. Przywożę pracowników
z Augustowa, Warszawy, Szczecina. Tutejsi nie szanują pracy, są rozwydrzeni.
W Sztabinie zamieniamy zakurzony i "zmęczony" wiejskimi wertepami
samochód na kajak. Biebrza to już inny świat. Pełen wąskich meandrów,
nie pozwalających czasami nawet zanurzyć w pełni wioseł. Cisza. Tylko
wiatr, tunel trzcin i świat zapomnienia o tym skąd przyjechaliśmy. Przez
trzciny z daleka widać Czarny Las i dom z tajemniczym małżeństwem. Wiedzieliśmy
tylko, że on jest autorem scenariuszy do filmów fabularnych, a ona Szwedką.
Maria i Jerzy Keretul, siedzą przy stoliku w altance małego, drewnianego
domu. Piją piwo. Na twarzach spokój, o który trudno u "miastowych".
Przed nimi kilkadziesiąt kilometrów bajecznej zieleni w jej wszystkich
odcieniach, przeciętej wijącą się Biebrzą. Rzeka jest spowita lekką mgłą.
Jerzy Keretul przejechał świat zanim trafił nad Biebrzę. Z Warszawy trafił
do Goeteborga. Z żoną Szwedką wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Zza oceanu
dojechał aż nad Biebrzę, w rodzinne strony jego babci.- Włożyliśmy pieniądze
w ziemię i czekamy - mówi Jerzy Keretul.
Przestrzeń, spokój. Tu się też bardzo tanio żyje - dodaje Pani Elżbieta.
Na emigrację decydowali się często ci najmądrzejsi i najodważniejsi. -
Niektórzy jednak wrócili z różnych miast i zainwestowali - podkreśla Zdzisław
Dąbrowski - wójt gminy Trzcianne. Pięknie odbudowali domy w Wilanówce.
Ci, którzy wrócili z Belgii odnowili Krynice.
Państwo Keretulowie mówią, że nie tylko Biebrza ma cielęcy charakter,
niektórzy ludzie też.
- Tu zawsze przed konkretną rozmową trzeba pogwarzyć - uśmiechają się.
Gdy szukasz kogoś do pracy, to musisz zapytać: "Pomożesz"? Gdy
negocjujesz warunki pracy to często słyszysz niekonkretne: "Dogadamy
się".
- To ja wymyśliłem słynne już określenie BIEBRZNIĘCI - śmieje się Jerzy
Keretul. Sami też tacy jesteśmy. Nie proszę o tłumaczenie jacy są Biebrznięci.
Poznałem kilku z nich, zakochanych w rzece, ptactwie, o które trudno w
Europie, w nadbiebrzańskich bezkresach i uczuciu wolności, które dają.
Ci młodsi zapatrzeni w Biebrzę i wiążący z nią swoje nadzieje są oburzeni
terminem "Biebrznięci". Odnoszę wrażenie, że w ich mniemaniu
- obraźliwym.
- 4 lata starałem się o pracę tutaj - mówi Włodzimierz Wróblewski - ornitolog
z parku. Jeździłem tu jeszcze jako student z Poznania i Biebrza mnie łyknęła
- dodaje. Artur Wiatr - organizuje pobyty ornitologom, którzy potrafią
tu przylecieć tu np. z Kanady tylko na jeden dzień. Chcą zobaczyć rzadkiego
ptaka i dopisać do swojej kolekcji.
Z Czarnego Lasu dopływamy do wioski, o której wszyscy mówią z zachwytem
- Jagłowa. Biebrza tu płytka. Do kolan zaledwie. Kaczki z łabędziami razem
pływają. Większość zabudowań od strony rzeki jest z drewna. Jedna z gospodyń
płucze w rzece koszulę, druga naczynia kuchenne. Dziwna to wioska, odwrócona
tyłem do rzeki - śmieje się Kazimierz Ostrowski, jeden z nielicznych tu
młodych gospodarzy.
- Są tu trzy ulice - zaczyna wykład: nadrzeczna, ogrodowa i zagumienna
- czyli "autostrada". Od strony nadrzecznej stoją chlew i obora,
potem dom mieszkalny wraz z ogrodem. Gospodarzy tu niewielu, bo ziemia
słaba V i VI klasy. - Najlepiej żyć z renty rodziców i saksów - mówią
szczerze. Bryluje 52 letni sołtys Jagłowa - Romuald Jaroszewicz, jak niemal
wszyscy w tej wiosce, dorabia na Zachodzie. - Sołtysem jestem już trzecią
kadencję, ale to nie przeszkadza, by każdego roku i to po 2-3 razy wyjechać
do Niemiec. Pracuję w fabryce, przy odlewie plastyku - mówi z dumą.
Wyjazdy do pracy, głównie w Niemczech i Belgii nikogo nie dziwią. Powstały
nawet stałe połączenia autobusowe np. z Siemiatycz do Brukseli. Podobnie
z Moniek i Zambrowa.
W utrzymywanie się z gospodarki nie wierzy nawet Piotr Mikucki, jedyny
w Jagłowie absolwent rolniczej szkoły zawodowej. - W tym punkcie nie ma
mądrego do rozwoju! - denerwuje się. - Mnie szkoła wyuczyła: musi być
pastwisko, melioracja. Park nie da zrobić melioracji! Tu wszystko kępami
zarasta, nikt tego nie kosi. Ciągnik nie pójdzie. Tylko kępy i dzikie
trawy. Łoś ma przyjemność przejść, ale nie krówka! To piękne życie dla
przyjezdnych, dla nas to piekło na ziemi! Wpisy do zeszytu w najbliższym
sklepie mówią same za siebie.
- Jeden z Jagłowa zalega mi w zeszycie na 800 zł - mówi Krystyna Szumska
- właścicielka sklepu w Mogielnicach.
Kazimierz Ostrowski w Jagłowie, za pieniądze rodziców postawił solidny,
piętrowy dom. Mieszka sam. - Nie przejmuję się swoim kawalerstwem. Mam
dopiero 33 lata. W każdej wiosce są starsi ode mnie kawalerowie.W Olszowej
Drodze zadbane gospodarstwo, ale bez kobiet prowadzą bracia Lewkowscy
- 32 letni Ryszard i starszy o 7 lat - Paweł. Narzekają, że dyskoteka
daleko, ponad 30 km.
W Jagłowie bawią się tylko przed telewizorem. Jeszcze z 15 lat temu były
tu potańcówki w remizie. Strażacy je organizowali, by zarobić na węże. -
Teraz każdy się zamyka w domu. Na stole rosyjska wódka albo bimber i narzekania
na biedę, ale z uśmiechem. Gospodarze mają wszystkiego po trochu, trochę
świń, bydła, kilka koni. Uprawiają też tytoń, co już jest rzadkością w
tym regionie. Niektórzy wybudowali nowoczesne suszarnie. Wszyscy plantatorzy
zarobili na prywatyzacji zakładów tytoniowych - po 15 tys. zł (brutto).
Za te pieniądze większość gospodarzy kupiło smaochody. Kazimierz Ostrowski
kupił "Tico", zamiast zainwestować np. w agroturystykę. W Jagłowie,
które podoba się turystom, u nikogo nie można przenocować? Za biedni jesteśmy
- mówi odwracając wzrok. Po chwili dodaje - Nie wiem jak się za to zabrać
i czy to się opłaci? Dorabia przy rozbiórce starego domu, który sprzedała
sąsiadka. Tu będzie nowy dom letniskowy. Tam obok kupiono dla Niemca,
tamten dla Holendra - pokazuje Kazik. Na skraju wioski tych nowych, domów
jest już więcej, praktycznie co trzeci. Stara wioska się kurczy, idzie
nowa letniskowa. Mieszkańcy cieszą się, bo zarobią przy budowie. Smutku
przy mnie nie pokazują. Nie jestem stąd.
Adam Bogoryja-Zakrzewski
Powrót
do listy artykułów
|