|



|
Kontakty, nr 35 (982), 29 sierpień 1999, "Pod niebem",
autor: Alicja Niedźwiecka
- Mnie Biebrza przede wszystkim nauczyła pokory, przed nią się ugięłam,
to ona mnie złamała i tak już pozostało - wyznaje Katarzyna Ramotowska.
Pokory wobec Biebrzy, na pozór łagodnej, nauczyła się już na studiach.
Prowadzili wtedy badania w stacji terenowej w Gugnach. Z dwoma starszymi
kolegami ruszyła na obchód. Wybrali się przed siebie z kompasem. Ubrani,
jak trzeba: gumowce, peleryny, z lornetkami ruszyli w niewinnie wyglądającą
na mapie trasę. Był koniec kwietnia, turzycowisko pokryte kruchą taflą
lodu. Już po pierwszych krokach każda noga była dodatkowo obciążona. Szybko
tracili ciepło i energię. Zamiast po czterech, wrócili po czternastu godzinach,
głodni, przemarznięci. Koledzy bali się tylko jednego, że powie im: "Nie
idę dalej. Już nie mogę. Zostaję." Nie powiedziała.
Sześć lat temu, już jako przewodnik, wypłynęła kajakami z grupa Holendrów
piękną czredziestopięciokilometrową trasą. Wczesna wiosna, ciepły, słoneczny
dzień. Wszyscy ubrani w koszule z krótkimi rękawami, spodenki. Po ośmiu
kilometrach chmury zasnuły słońce. Zerwał się wiatr, zaczął spychać kajaki
do tyłu. Zaczął padać grad. Gołe ręce przymarzły do metalowych wioseł.
Z jednej strony kilometrami bagno, z drugiej bagno.
Wśród Holendrów było dwóch siedemdziesięciolatków, jeden po zawale.
Na drugim kilometrze ich kajak pękł na jakimś korzeniu. Odesłała ich z
powrotem. "Szczęściarze", myśleli o nich z zazdrością. Bo oto
ich płynących, ogarnęła zamieć.
Resztkami sił dotarli do Brzostowa, tam czekał na nich autokar. Holendrzy
pojechali, ale dla niej nie skończył się koszmar. Dowiedziała się, że
dwóch dzielnych siedemdziesięciolatków wcale nie zrezygnowało z wyprawy.
Zmienili kajaki i popłynęli za nimi z trzygodzinnym opóźnieniem. Ciemność,
nieznana, niebezpieczna trasa, zimno, śnieg, wiatr. Nie mieli żadnych
szans, by dotrzeć na miejsce. Ogarnęła ją panika. Jeździła całą noc, budząc
ludzi, czy ktoś ich nie widział, nie udzielił pomocy.
Na drugi dzień o jedenastej przed południem nagle ich zobaczyła. Szli
dziarsko, wesolutcy, śpiewając i niosąc kajak nad głowami. Było tak: walcząc
z wiatrem i zimnem, zauważyli na brzegu jakiegoś człowieka. Łowił ryby.
Przy "biebrzaneczce" gorzałeczce, w jego namiocie spędzili tę
noc.
Po studiach pracowała w Biebrzańskim Parku Narodowym, była kierownikiem
działu turystyki, edukacji i współpracy z zagranicą (zna język angielski
i niemiecki). Wytrzymała tylko dwa miesiące. "Jestem terenowa",
śmieje się już nie jako biurowy kierownik, ale "terenowy" biebrzański
przewodnik.
W Goniądzu prowadzi także punkt informacji turystycznej, sklep z pamiątkami
ludowymi i wysyła na bagna wyszkolonych przez siebie przewodników. Miało
być 25, zgłosiło się 180 osób. Na pierwsze spotkanie zjechało 100 i prawie
wszyscy kurs skończyli. Najmłodszy miał 18 lat, najstarszy lat 72. Uczyli
się z radością. Ludzie pytają, dlaczego wyszkoliła sobie konkurencję ?
Jest spokojna. Są rzeczy, których nie można nauczyć się z książek.
***
"Witajcie - wy, których dni
spływają pod sufitem. Tak. Pod
sufitem mieszkań, sklepów, kawiarń,
samochodów.
Nawet kiedy lecicie w chmurach,
nad waszymi głowami sufit,
Pod stopami podłoga.
Witajcie u mnie, pod Niebem."
(Edward Redliński w przepięknym albumie Wiktora Wołkowa "Biebrza")
Alicja Niedźwiecka
Powrót
do listy artykułów
|