|



|
Dziękuję, nr 4 wrzesień / październik 2002, Razem dla Środowiska:
"Okolice dzikiej rzeki", autor: Andrzej Polakowski
(fragmenty artykułu)
Elżbieta Konopka, przewodnik turystyczny i zarazem sekretarz "Wszechnicy
Biebrzańskiej", zapowiada pracowity dzień:
- Na tratwę mogą się wybierać tylko mocni ludzie. To duży wysiłek, który
jednak opłaca się stokrotnie. Zobaczymy krajobrazy jak w bajce. (...)
Wiatr na razie sprzyja, więc szybko nabieramy jakiej takiej wprawy. Elżbieta
straszy "na wyrost", że ruszyć tratwę pod gwałtowniejszy podmuch,
nawet z silnym prądem rzeki, to jak krowę ciągnąć po schodach.
(...) Właściciel "statku" (...), jeszcze nie odjechał. Rzuca
nam z brzegu dobre rady i słowa otuchy. Jest sołtysem, (...) małej wsi
z ośmioma gospodarstwami, skąd wyruszyliśmy na podbój bagiennych nurtów.
Po drodze okazało się, że umie wszystko: pracuje na roli, ale czuje się
stolarzem i po trosze piekarzem. Wyrabia sękacze według klasycznych receptur,
prowadzi gospodarstwo agroturystyczne i stara się zapewnić gościom atrakcyjny
program. (...)
(...) Gadamy, gadamy, a na horyzoncie pojawia się kościół w Krasnymborze
z charakterystyczną białą fasadą. Będzie nam towarzyszył przez całą dzisiejszą
wyprawę. Bo koryto Biebrzy kręci, zygzakami przecina Bagna, cofa się i
żeby przepłynąć - powiedzmy - cztery kilometry w linii prostej, trzeba
ich zrobić z osiem, co zajmuje zwykle cały dzień. (...)
(...) Ja te bagna przepłynąłem i przeszedłem w każdą stronę i nigdy
nie mam
dość. (...)
(...) Park to nie tylko zakazy, ograniczenia. Można tu żyć korzystając
z tego, co daje przyroda. Trzeba tylko wiedzieć, trzeba tylko wiedzieć,
jak ją chronić nie tępiąc
ludzi. (...)
(...) Z bocianiego gniazda, a właściwie z platformy do opalania się,
Michaś coś nam sygnalizuje. Widok ma mniej rozległy, niż ten ze znakomitej
fotografii Wiktora Wołkowa, zrobionej z lotu ptaka, która na folderach
obiegła świat, ale widzi chyba kres podróży. To znaczy, że za półtorej,
dwie godziny będziemy mieli lądowanie. Zbieramy resztki sił i czerwieniąc
się na słońcu, chyba ze wstydu, żeśmy całkiem bez kondycji, ruszamy "całą
naprzód". Ukryty w zaroślach świergotliwy trzciniaczek zanosi się
ze śmiechu. (...)
Andrzej Polakowski
Powrót
do listy artykułów
|