przyroda i ludzie bagien biebrzańskich

aktualności z bagien biebrzańskich

oferta turystyczna - wyprawy na bagna

regionalne atrakcje turystyczne nowości w ofercie i pamiątkach gotowe programy wycieczek z przewodnikiem oferta na indywidualne zamówienie noclegi i wczasy nad biebrzą zarezerwuj wycieczkę turystyczną poradnik dla turysty przewodnicy po bagnach biebrzy artykuły prasowe o biebrzy

strona startowa - powrót

AKTUALNOŚCI


Niespotykany łut szczęścia – oko w oko z polującą watahą wilków

Gdy podczas planowania kameralnego pobytu studyjnego niemieccy dziennikarze spytali mnie o możliwość zobaczenia wilka, zbyłam ich stwierdzeniem, że spotkania – o ile mają miejsce - są zupełnie przypadkowe i nie ma się co na nie nastawiać. Przyroda miała jednak ochotę zrobić nam prezent. Już wystarczająco emocjonujące było podglądanie, pierwszego dnia pobytu, dwóch, zapamiętałych w rykowiskowej konfrontacji jeleni. Jak się jednak okazało – było to tylko preludium...

Kwadrans przed wschodem słońca zaczęliśmy się przedzierać przez głęboką po kolana, czarną maź. Moi goście skwitowali to krótko: "... no, nieźle się zaczyna...". .wilk

Przyroda tego ranka wyjątkowo współpracowała, pogoda zresztą także. Typowe dla tej pory roku gęste mgły, tym razem pojawiły sie jedynie w postaci nastrojowej, szybko zanikającej, mlecznej warstwy. Wśród żurawi zgromadzonych na noclegowisku zapanowało poruszenie – zaczęły wylatywać na żerowiska. Jedna rodzina zameldowała się kilkaset metrów od nas towarzysząc nam donośnym klangorem przez następne 2 godziny. Z przeciwnej strony wtórowały im ryczące jelenie. Mieliśmy ochotę uciszyć je wszystkie, bo przeszkadzały nam w wyłapywaniu dyskretnych odgłosów bukowiska. Doliczyliśmy się 5 łosi wokół nas. Wzięliśmy namiar na najbliższe postękiwania. Niestety wdrapując się na dogodniejszą pozycję obserwacyjną usłyszeliśmy chlupanie wody odchodzącego w zakrzaczenia łosia. Ogarnęła mnie złość! Straciliśmy szanse na dobre ujęcie. Chwilę później odkryliśmy jednak ze zdziwieniem, że odgłosy chlupania zmieniły kierunek – tym razem jakiś zwierzak szybko się przybliżał do naszej strategicznej pozycji. Zamarliśmy w bezruchu wyglądając sylwetki łosia, a przynajmniej jego głowy znad zwartych zakrzaczeń wierzbowych. Niestety, mimo 60-metrowej odległości zwierzę pozostawało nadal niewidoczne. Jedynym wytłumaczeniem w tej sytuacji było stado dzików – tym bardziej, że słyszalnych było przynajmniej kilka zwierząt. Właśnie odwracałam się do moich towarzyszy, aby podzielić się z nimi moim przypuszczeniem, gdy w krzakach mignęło szare futro. Osłupiałam i zaniemówiłam. Bez wątpienia wilk. Największym teraz naszym marzeniem było, aby pokazał choć kawałek pyska zanim nas wyczuje i czmychnie na dobre. Ale on nie zamierzał uciekać – pędził zapamiętale przed siebie aż wypadł z krzaków i wyhamował 5 m przed nami. A za nim – jeden po drugim, zaczęły ukazywać się na polanie pozostałe, biegnące tyralierą, wilki. Cała wataha. 9 sztuk. Trzy do siedmiu metrów od nas. Wszystkie jak jeden ciemnoszare, niemal czarne. Były na polowaniu, właśnie przypuszczały atak. Okazało się, że podchodziliśmy tego samego łosia... Wilki były tak zaskoczone nagłym odkryciem ludzi, że aż przysiadały na zadach, jakby nie mogły uwierzyć, że wszystkie zmysły naraz je zawiodły i doprowadziły do tak bliskiego spotkania z człowiekiem. Staliśmy naprzeciw siebie i patrzyliśmy sobie w oczy - pewnie z kilkanaście sekund - ale dla nas była to cała wieczność.

Emocje grały. Nieprawdopodobne zaskoczenie i fascynacja ich pięknem przeplatały się z lękiem.
W końcu to one miały przewagę liczebną - przypadało nam po 3 wilki na głowę. Po drugie one były w trakcie ataku, więc miały prawo dać upust nagromadzonej agresji. Po trzecie wreszcie – najważniejsze - dzieląca nas odległość była tak mała, że bez wątpienia granica bezpiecznej ucieczki zwierzęcia została przekroczona i jak każde inne, przyparte do muru zwierzę, wilki miały pełne prawo zaatakować w odruchu obronnym. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Cała wataha, po chwili namysłu, rozpierzchła się w popłochu na wszystkie możliwe strony niemal nas taranując. Z trudem potrafiliśmy ustać na miękkich nogach.

Oto mieliśmy czarno na białym dowód, jak tchórzliwe z natury są wilki w obliczu spotkania z człowiekiem. Gdy emocje już nieco opadły zaczęliśmy się zastanawiać: jak to możliwe, że zwierzęta o tak znakomicie rozwiniętych zmysłach dały się tak zaskoczyć człowiekowi? Okazuje się, że życie wyreżyserowało scenariusz, o który nie pokusiłby się żaden zdroworozsądkowo myślący autor.

My, nieprawdopodobnym zrządzeniem przyrody pojawiliśmy się na wilczym szlaku w momencie, w którym były uśpione wszystkie ich zmysły. Wysoki, tego roku, poziom wody w bagnach spowodował, że nagonka odbywała się w ciężkich warunkach – wilki ruszając do ataku rozchlapywały wodę, ograniczając sobie słyszalność i zagłuszając jednocześnie nasze kroki. Wzniesienie, na które w tym momencie wchodziliśmy, doskonale nas ukryło przed wilczym wzrokiem. Rewelacyjny zmysł węchu także je, chwilowo, zawiódł kiedy skoncentrowały się na ataku.... Cóż, cuda się zdarzają. Wszystko było jednak tak nierzeczywiste, że już kilka chwil po tym cudownym spotkaniu wydawało się ono snem... Snem, który śnił się jednak na jawie.

Strona Główna